Rozdział 25

Oczami Eleanor

- Ojej, mamo, nie musiałaś… – westchnęłam odbierając ogromną torbę. – Co to właściwie jest? – spytałam, gdy Louis odebrał ode mnie pakunek. Spojrzałam na niego z wdzięcznością.
- Ehm, no wiesz… parę drobiazgów…
- PARĘ DROBIAZGÓW? To waży z tonę- ostentacyjnie złapałam się za krzyż i wyciągnęłam w geście „chyba nie jestem tak silna, na jaką według ciebie wyglądam”.
- Nie marudź – odparła mama i zdejmując buty krzyknęła w stronę auta:
- George, daj jeszcze ten wózek!
Nie miałam już nawet siły się zdziwić. Westchnęłam głośno, a wtedy mój narzeczony objął mnie ramieniem (jednocześnie upuszczając hałaśliwie prezent na podłogę) i stwierdził:
- Chyba się prędko do tej nadopiekuńczości nie przyzwyczaję.

***

Po otrzymaniu ogromnego, bardzo nowoczesnego wózka (miał nawet funkcję automatycznego bujania dziecka i jeżdżenia z omijaniem przeszkód, czego ci ludzie nie wymyślą…) oraz zidentyfikowania zawartości ciężkiej, kolorowej torby z papieru (okazało się, że to body dla dziecka, a było ich tyle, że starczyłyby na cały rok) zmusiłam rodziców do przejścia do salonu na herbatę. Standardowo zaczęli pytać „co u nas słychać”, „jakie mamy plany” i „dlaczego łazienka ma być śliwkowa (przecież niebieski ładniejszy)”. Niby rozwiedli się 10 lat temu, ale jak już mają się z córką kłócić, to oboje zażarcie po jednej stronie. To chyba takie ich stare przyzwyczajenia…
Około 19.00 do Lou zadzwonił Niall. Powiedział, że powoli będą się zbierać i możemy się ich spodziewać za jakąś godzinkę.
Tymczasem rozmowa zeszła na dziecko.
- No bo… nie wiecie jeszcze, czy to chłopak? – zapytał tata powoli. Nie lubił takich tematów. Nie rozmawiał zwykle o dziecku, dopóki nie wyszło na świat. Niemowlę w brzuchu traktował jak intymną sferę kobiety, w ogóle unikał tematów takich jak seks, cud życia itp. Pierwszą i każdą następną rozmowę o antykoncepcji odbyłam z mamą, nigdy z nim.
Tymczasem położyłam czule rękę na dolnej części brzucha i pokręciłam przecząco głową.
- Ale wiesz córciu… wychowywanie dziewczynki to czasem niezła zabawa – odezwała się mama. – Pamiętam, jak robiłam ci warkoczyki, albo jak ubierałaś się w tę moją koronkową bluzkę, buty na obcasie i udawałaś księżniczkę. Całymi dniami oglądałaś bajki Disney’a, śpiewałaś i zapraszałaś starszego od ciebie o sześć lat sąsiada na herbatę! Hahaha…
- Mamo… – zarumieniłam się, bo wszyscy zaczęli się śmiać. Oczywiście Louis też. Dałam mu zabawnego kuksańca łokciem w bok, ale on tylko przewrócił się w prawo i leżąc na kanapie wciąż zwijał się ze śmiechu. Sama też po minucie zaczęłam chichotać.
- Dobra, to ja wstawię pieczeń w kuchni – rzekłam w końcu i wstałam.
- Ja też państwa na chwilę zostawię – poderwał się Marchewkowy – Zadzwonię do przyjaciela, powinien zaraz przyjechać z resztą towarzystwa – słodko się uśmiechając, wyszedł za mną z salonu. Dosłyszałam dobiegające stamtąd głosy:
- Och, dobrze tę naszą El wydamy za mąż… Prawda Anne?
- No prawda, prawda… to się widzi. Chłopak ułożony, śpiewa, z wyglądu też całkiem, całkiem…

***

Oczami Harry’ego

Nie uszedłem stu metrów, gdy poczułem wyrzuty sumienia. Miałem zostawić Alice samą? A potem co – wrócić do jej mamy i co jej powiedzieć?
„Pani córka udała się na krótki spacer, powinna zaraz wrócić.”
Albo bardziej realistycznie: „Jest w lesie, zostawiłem ją tam, bo jestem dupkiem i nie panuję nad emocjami.”
Nie zastanawiałem się długo. Zawróciłem.
Dotarłem w miejsce, gdzie z nią rozmawiałem, ale… jej tam nie było.
- Alice? – szepnąłem. Dotarło do mnie, że szeptu w tym wielkim lesie raczej nikt nie usłyszy, więc krzyknąłem:
- Alice!!!
Brak odpowiedzi. Podświadomie wyciągnąłem komórkę z kieszeni i wybrałem jej numer.
Dryyń.
Dryyń.
Dryyń.
Odrzuciła mnie.

***

Oczami Niall’a

- Hej Zayn! Jak tam na koncercie?
- No hej, hej… Wiesz, szczerze mówiąc, to dzieją się tu dziwne rzeczy.
- Dziwne? Jak to? – zdziwiony spytałem przyjaciela.
- Nooo… Zgadnij! – zaśmiał się. Ach, te jego głupie zgadywanki… wszystkich już nimi denerwował.
- No nie wiem, pewnie spadł deszcz meteorytów! – powiedziałem.
- Puuuudłoooo. Jeszcze dwie szanse.
- Zayn! Nie chce mi się bawić w te zagadki. Powiesz mi, czy mam zadzwonić do Perrie?
- Zadzwonić do niej będzie raczej trudno, bo postoi na scenie pewnie jeszcze z godzinę…
- Jak to? – teraz już nic nie rozumiałem – Przecież miały skończyć koncert godzinę temu! Tak długo bisują?
- No niee… Dobra, powiem ci.
- W końcu…
- Kamery wypatrzyły na widowni Nathan’a Sykes’a.
- COO? Z The Wanted?!?! – to było dziwne…
- A taaak, dokładnie tego. Zaraz przyczepili się do niego dziennikarze i paparazzi, pytali czemu przyjechał na koncert i takie tam… Przez tę całą aferę koncert opóźnił się o jakieś półtorej godziny.
- No tak, normalne, że się zdziwili… – to było faktycznie zrozumiałe. Przecież Little Mix trzymały się blisko nas, przyjaźniły się z One Direction, a The Wanted to byli nasi wrogowie. Prawdopodobnie najwięksi. Muzyczna konkurencja.
- Eh, wiesz, muszę kończyć. Mało spałem… muszę wypić kawę. Pozdrów wszystkich, ok?
- Taa, jasne. Cześć! – pożegnałem się z mulatem i zastanawiając się skąd Sykes wziął się na koncercie Little Mix, wróciłem do środka domu. Wtedy przyszło rozwiązanie zagadki: szpieg!
Taa… rozwiązanie już było, ale powstało jeszcze więcej pytań… Po co szpiegował? Czego się chciał dowiedzieć? I czemu przyszedł na występ Jude, Jesy, Leigh-Anne i Perrie, a nie nasz, 1D?

***

Nagle zauważyłem, że nigdzie nie ma Alice. Zdziwiło mnie to. Miała iść tylko na chwilę na spacer z Hazzą, choć szczerze mówiąc nie podobało mi się to, ale nie było jej już ponad godzinę. A przecież musieliśmy jeszcze dziś wrócić do Londynu! Nie było czasu na romantyczne dialogi.
No właśnie – „romantyczne”.
Zaniepokojony zadzwoniłem do dziewczyny. Odebrała natychmiast.
- Hej Niall!
- No hej – ulżyło mi, wiedziałem już, że nic jej się nie stało – Gdzie jesteś?
- Ja… umm, trudno powiedzieć. W każdym razie wrócę za jakieś 5 minut. Dom już blisko.
- Alice, czekam.
- Pa.
Dotarła rzeczywiście w kilka minut.
- Co ty robiłaś w tym lesie? – spytałem troskliwie wyjmując liść z jej włosów.
- Chodziłam… no wiesz, stęskniłam się za tym miejscem. To w końcu mój dom.
- No tak, ale Hazza wrócił przed tobą, a wyszliście razem… – chciałem to wyjaśnić.
- Udałam się jeszcze w takie… jedno miejsce. Chciałam tam być sama, więc poprosiłam go, żeby wrócił wcześniej sam. – wytłumaczyła. Nie wiedziałem, czy to prawda, ale ważne, że była cała i zdrowa. Uśmiechnęła się do mnie i pocałowała w usta.
„Tak – pomyślałem – ważne, że jest cała, zdrowa i że ją kocham”.

***

Jedno zdanie: „Tęsknię, ale nie wyrabiam”.
Alicja Jj.

Rozdział 24

Oczami Alice

- Na co czekasz? – usłyszałam niecierpliwy głos Harry’ego. Wysiadł z samochodu i czekał aż ja zrobię to samo. Ja jednak, wciąż w lekkim szoku, że jestem już w domu, siedziałam w środku.
- Alice! – szturchnął mnie w bok Niall, który zdążył już wysiąść z drugiej strony pojazdu i teraz podawał mi elegancko rękę, bym w końcu wysiadła. Pomachał mi ręką przed oczami, zamrugałam i zorientowałam się, że nie mam butów na nogach. Lubiłam podróżować w samochodzie bez butów, np. w samych skarpetkach, tak było wygodniej, poza tym można było położyć stopy na tapicerkę i się nie brudziła. Właśnie zaczęłam szukać trampek, gdy Niall spojrzał na mnie pobłażliwie.
- Oj, Alice… – to mówiąc wszedł do auta, wziął mnie na ręce i wyniósł na zewnątrz.
- Niall! Potrafię chodzić – zaprotestowałam z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Jakoś wątpię… – szepnął i zabawnie „ugryzł” płatek mojego ucha. Gdy za chwilę staliśmy pod drzwiami, otworzyłam je i moim oczom ukazała się mama z ukochanym. Zaraz blondyn postawił mnie na dywan w przedpokoju, a ja uściskałam dwoje dorosłych i weszłam do salonu.
Zauważyłam pięknie zastawiony stół, wyszorowane do czysta półki, szafki, odkurzone książki i płyty…
- WOW, mummy, ile musieliście się z Pat’em napracować… – zauważyłam.
- To nic takiego… – odparła mama beztrosko, ale na jej policzkach dostrzegłam nieznaczne rumieńce. Widziałam, że choć skromnie stara się to ukryć – jest z siebie dumna. Wtedy zaczęłam się zastanawiać…:
- …co zrobiliście na kolację? – spytałam, szczerze zaciekawiona. Mama lubiła wysoko stawiać sobie poprzeczkę, a taka impreza jak powitanie mnie po prawie dwudziestodniowej nieobecności, no i wizyta One Direction… Musiała wymyślić coś extra.
- Caroline! Nie utrzymuj dzieciaków w niepewności – to Patrick zachęcał mamę, by już podała jedzenie.
Chłopców trochę zdziwiło to „dzieciaków” i spojrzeli na Pat’a z niemałym zdziwieniem, pomieszanym z irytacją, ale zaraz ich uspokoiłam:
- Nie przejmujcie się… Patrick lubi podkreślać jaki to on jest DOJRZAŁY i ODPOWIEDZIALNY… – zachichotałam, a mummy mi zawtórowała. To się naszemu „dorosłemu” nie spodobało i już po chwili, ku uciesze chłopców, gonił mnie po całym salonie z łyżką do sosów w ręku.
- Okej, okej, dość zabawy… KOLACJA NA STOLE – ogłosiła mama z jadalni. Bez zastanowienia wróciliśmy do stołu i zajęliśmy miejsca. Tym razem usiadłam między Niall’em i mamą, co odpowiadało mi bardzo, bo szybko zapomniałam o zawiści między moim chłopakiem a Loczkiem.
Nie przeliczyłam się co do talentu kulinarnego mojej Car. Jedzenie było SUPER. Przede wszystkim dlatego, że nie znałam ani jednej potrawy z tych, które znajdowały się na stole. Od razu zgadłam, że przepisy pochodziły z książeczki babci, choć na początku mama nie chciała przyznać mi racji. Tak bardzo lubiłam niespodzianki!
Potem ten boski deser… Tort wiedeński jadłam już parę razy, ale zawsze był to zakupiony wyrób londyńskich cukierników, a teraz mogłam spróbować smakołyku w wykonaniu mummy. Na pewno dorównywał smakiem temu pierwszemu.
Po kolacji, deserze i względnym uprzątnięciu stołu (uparłam się, że skoro już przyjechałam do domu to muszę mamie pomóc, a chłopcy stwierdzili, że po takiej miłej i pysznej kolacji nie mogliby nie pomóc w sprzątaniu) przeszliśmy do salonu i rozsiedliśmy się z szampanem i sokami. Mama rozmawiała z Danielle o jakichś komediach romantycznych, Patrick zajął Liam’a zdjęciami Audi, które chciał kupić, a ja usiadłam obok Niall’a i cieszyłam się tymi cennymi chwilami spędzonymi w jego towarzystwie. Wiedziałam, że goście zanocują u nas jeszcze dziś, ale Victoria już od przedwczoraj skutecznie przypominała 1D o nadchodzącej trasie, dlatego jutro bezwzględnie całą piątką musieli stawić się w studio o 12.00 na próbie. Mój humor pogorszył się jeszcze, gdy zauważyłam samotnego Hazzę przy drugim końcu kanapy. Z nikim nie rozmawiał, tylko tępo wpatrywał się w telewizor i co chwila sączył przez słomkę sok jabłkowy. Cieszyłam się, że nie wrócił do alkoholu i dzikich imprez, ale coś mi mówiło, że jego nastrój i obecne samopoczucie może się gwałtownie i nagle zmienić. Coś, jakby przeczucie, kazało mi uważać, bo przez tą aferę na statku humor Harry’ego był dziwny, a sam Harry podatny na właśnie takie pokusy, odrywające od smutnej rzeczywistości, jak picie, palenie, branie narkotyków, zabawy i nocne wyjazdy do klubów. To „coś”, siedzące we mnie od jakiegoś czasu, było naprawdę duże.
Więc gdy tylko Niall wyszedł na parę minut na dwór, by złapać trochę świeżego powietrza i zadzwonić do Louis’a, korzystając z okazji podeszłam do Hazzy i zagadnęłam:
- Hej, coś się stało?
Nie odpowiedział od razu, ale cierpliwie czekałam. W końcu powiedział:
- Nic się nie stało… To znaczy… Stało się dużo, tylko… jakby… Eh, i tak nie zrozumiesz.
- Postaram się chociaż – odparłam z przekonaniem i wpatrzyłam w jego zielone oczy. Zerknął na mnie przelotnie i zaraz znów wpatrzył w ekran plazmy.
- Choć – złapał mnie nagle za rękę, wstał i oświadczył reszcie, że idziemy na spacer. Od razu poczułam, że właśnie spaceru było mi trzeba. Harry założył buty, wyjął moje z samochodu i po chwili szliśmy oboje obok siebie w stronę lasu. Mijała minuta za minutą. Z każdą kolejną uświadamiałam sobie coraz bardziej, że to, co Harry chce mi powiedzieć ,jest bardzo ważne. Nie przerywałam ciszy. Wiedziałam, że jeszcze będzie czas na rozmowę. Na razie rozkoszowałam się tupotem dwóch par butów, powietrzem, skupiałam się to na ruchu moich stóp, to na świergotaniu ptaków, to znów na poruszających się w lekkim, letnim wietrze liści brzozy.
W pewnym momencie Harry zauważył poziomo rosnące drzewo. Zaproponował, byśmy na nim usiedli, na co zgodziłam się chętnie.
Chciałam jak najszybciej pogadać. O czym? O wszystkim. Przypomnieć sobie jak poznałam One Direction, wydarzenia spod London Eye, zaręczyny Louis’a i Eleanor, a nawet pamiętny wieczór na jachcie. Wciąż jednak zastanawiało mnie, o czym chciał ze mną porozmawiać Hazza.
- Zmieniłem się – zaczął. Nie przerwałam, przeciwnie, skupiłam się na jego głosie (jego cudownym głosie…) i na tym, co mówi. Kontynuował:
- Zmieniłem się na lepsze i gorsze. Przestałem imprezować, ale i straciłem dziewczynę. Nie piję, ale jestem przez to smętny i znudzony. Straciłem apetyt… choć to może i mało zauważalne… a wraz z nim chęć do wszystkiego, co dawniej wydawało mi się takie świetne… Oglądanie filmów, kolejki górskie, czy nawet głupie pływanie w jeszcze głupszym basenie. Moje życie stało się spokojniejsze, ale przez to nudniejsze. Nie myśl sobie, że coś mnie nawiedziło, że się nawróciłem, lub coś w tym stylu. Nie poszedłem też do żadnego duchowego doradcy. Nie gadałem o problemach z rodziną, dziewczyną, przyjaciółmi… Wiesz co, albo raczej kto sprawił, że tak teraz się ze mną dzieje? – pokręciłam głową w prawo i lewo. Teraz już oboje patrzyliśmy na siebie, głowy mieliśmy na tej samej wysokości. Jego spojrzenie elektryzowało…
- Ty – minęła chwila nim zorientowałam się, że wypowiedział to słowo i kolejna, w ktorej połączyłam jego pytanie z jego własną na nie odpowiedzią.
Patrzyłam na niego nie wiedząc co powiedzieć. „Okej, wszystko pięknie, ale muszę wracać do domu. Do Niall’a.”? Albo: „Wyobraź sobie, że w tej kwestii mnie jest naprawdę bardzo wszystko jedno”?? Nie mogłam przecież go przytulić, pocałować, wyznać, że niezmiernie się cieszę, że tyle dla niego znaczę…
- Rozumiem. Masz Niall’a – odezwał się pierwszy, odwracając wzrok. – Wiesz… ja od początku życzyłem wam dobrze. Ale… jak to się mówi – serce nie sługa – w tym momencie spojrzał na mnie… inaczej. Z miłością, współczuciem, żalem i sympatią. To spojrzenie rozpalało ogień w sercu i skuwało lodem ziemię pod moimi stopami.

Oczami Harry’ego

Alice stała nieruchomo. Wiedziałem, że jest mocno zszokowana moim wyznaniem. Z drugiej strony wydawało mi się, choć to głupie, że ona chciała mi powiedzieć coś ważnego. Nie miałem pojęcia co.
Postanowiłem jakoś pokojowo zakończyć rozmowę:
- Teraz już wiesz… – słowa nie mogły jakoś skleić się w mojej głowie – Chciałem tylko, byś wiedziała, że… Że cię kocham. Wiem, że to nic nie zmienia dla ciebie, ale…
- Zmienia, Harry! – zaczęła, ale nie pozwoliłem jej skończyć. Wydała mi się wtedy taka mała, młoda, niedoświadczona. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że każde, pojedyncze słowo, jakie teraz powie, może zadziałać wręcz destrukcyjnie na jej związek z Niall’em. A ona go przecież kochała.
- Nie wiem, jak to wytłumaczyć… POWINNAŚ być z Niall’em. Ja mogę ci tylko zaszkodzić. Wybacz. – te słowa bolały i ją i mnie. Jednak czułem, że nie mogę inaczej.
Dziewczyna stała i widać było, że próbuje zdusić łzy. Uczucia wewnętrzne przezwyciężyły jednak zewnętrzną maskę. Stała przede mną i płakała na głos. Ukryła twarz w dłoniach, odwróciła się i oparła o drzewo. Nie pocieszałem jej. Nie mogłem. Gdybym to zrobił, dałbym jej nadzieję. Nadzieję na związek. Na uczucie. Na miłość.
- Wybacz… – szepnąłem tylko i odwróciłem się na pięcie.

***

Jej, nie wiedziałam, że aż tak mocno można się stęsknić za kimś, kogo tak naprawdę nigdy się nie widziało, z kim się nigdy nie rozmawiało twarzą w twarz, kogo tak naprawdę niezbyt dobrze się zna.. A jednak! Powrót do blogowania i czytania Waszych imaginów i opowiadań jest jak kojący balsam… Po tych wszystkich konkursach czuję się, jakbym weszła do wanny z ciepłą wodą i takimi ogromnymi bąbelkami (wiecie, o czym mówię ;p). Krótko mówiąc – coś czuję, że mnie już kompletnie NIC od blogów nie odciągnie :*
Długo się zastanawiałam nad piosenką, która by do tego rozdziału pasowała, ale… nie znalazłam takiej. Jeżeli Wam jakaś by wpadła do głowy, to podajcie tytuł w komentarzu.
Specjalnie dla swoich Kochanych Przyjaciółek Czytelniczek – Szczęśliwa Alicja Jj. :***
PS. Pewnie zauważyłyście, że zaczęłam na blogu odpisywać na Wasze komentarze moimi komentarzami. Myślicie, że to dobrze, czy źle? Tzn pytam czy mam dalej tak z Wami „rozmawiać”? Ja np uważam, że takie coś zbliża czytelnika i piszącego. A według Was?

Rozdział 23

Oczami Caroline
Dryń! Dryń! Dryń!
„Jezu, co za idiotyczny dzwonek, czemu go jeszcze nie zmieniłam?!”
Dryń! Dryyyyyyyń!
- No już biegnę, biegnę! – zaczęłam krzyczeć ( tak, krzyczeć do telefonu…). Szukałam tego małego urządzenia już ze dwie godziny, bo chciałam zadzwonić do córki, a tu proszę: zadanie bojowe pt. „Znajdź Samsunga Galaxy SIII w tym cholernie wielkim domu” okazało się nie takie wcale proste.
- Caroline? – usłyszałam gdzieś za plecami.
- Nie teraz, szukam telefonu! To na pewno Alice… – teraz poczułam jak ktoś odwraca mnie stanowczo do tyłu, a po chwili ujrzałam roześmianą twarz Patricka.
- Co się… – nie zdążyłam nawet spytać, a już pokazał mi mój biały telefon komórkowy w ręku.
- Co prawda przestał już dzwonić… – zauważył brunet – ale nie zmienia to faktu, że powinnaś mi za tego fanta serdecznie podziękować. – wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, nadstawiając policzek do całusa. Posłusznie przychyliłam się do jego twarzy i już, już miałam go cmoknąć, gdy nagle odwrócił głowę i zamiast w policzek, pocałowałam go w usta. W duchu zaśmiałam się z jego podstępu, ale wcale nie odsunęłam się do tyłu, przeciwnie, zaczęłam go z ochotą całować. Oboje stalibyśmy tak pewnie jeszcze długo, ale na nieszczęście telefon zadzwonił ponownie. Z niechęcią oderwałam się od Pat’a i odebrałam rozmowę.
- Halo?
- Hej, mummy! Co ty tak długo spałaś, że nie odbierasz? Ile czekać można…
- Hmm… właściwie to zapodziałam gdzieś telefon – przyznałam się z niechęcią. Zawsze mam telefon przy sobie i doprawdy nie mam pojęcia jakim cudem zgubiłam go wczoraj wieczorem. Wciąż pozostawało też dla mnie zagadką gdzie znalazł go Patrick.
- Zgubiłaś? TELEFON?! Ty? – Alice też chyba ne mogław to uwierzyć. – Dobra, nieważne… Dzwonię, by zapytać na którą zrobisz kolację? W końcu dziś wracam, a chłopcy mnie podwożą…
- CO? TO JUŻ DZIŚ?! Kolacja dla… 1, 2, 4… – liczyłam szybko w pamięci – 12 osób? – opadłam z wrażenia na krzesło. Przecież nie zdążę!!!
- Hahah! Nie… – wyśmiała mnie Alice – Dziś przyjeżdżamy tylko ja, Niall, Liam, Dan i Harry. Perrie ma koncert, Zayn chce również na niego jechać, a do Eleanor przyjechali rodzice. Wiesz, kupili już jakieś śpioszki dla dziecka…
- Nadopiekuńczy rodzice? Też taka byłam, kochanie. No cóż, w takim razie… Pat – zwróciłam się do stojącego obok mężczyzny – Robimy dziś jedzenie dla siedmiu osób.
- Daj mi telefon… ej. Ej! Oddaj… – usłyszałam jakiś nieznany głos „po drugiej stronie połączenia”. – Halo? Caroline? Tu Niall. Horan.
- Och, witaj Niall! Czy ty…
- Tak, zabrałem telefon Alice, ale tylko na chwilę… Zaraz ci odddam!!! Przepraszam. Chciałem tylko zapewnić, że jedziemy dziś jeszcze do ZOO w Londynie, więc nie musisz się martwić, że zaskoczymy cię zbyt wczesną wizytą.
- Nie ma sprawy, przyjeżdżajcie o której chcecie! Najwyżej zamówimy pizzę. – zażartowałam, ale szczerze, bo tak naprawdę bardzo chciałam spotkać już Alicję. Obie nie znosiłyśmy zbyt długich rozstań, szczególnie po wyprowadzce Tymka. Zapewniłam więc Niall’a ponownie, że będą bardzo mile widzianymi gośćmi, nawet jeżeli wyjadą z Londynu już zaraz.
- W takim razie do zobaczenia.
- Tak, pa! – zakończyłam rozmowę.
Patrick patrzył na mnie uważnie, a oczy miał jak pięciozłotówki.
- Coś się stało?
- Oprócz tego, że jesteśmy nieogarnięci, musimy się umyć, ubrać, mamy na wieczór zrobić ogromną kolację a jest już 12.00… nie, oprócz tego to właściwie już nic. – w jego głosie usłyszałam dużą dozę sarkazmu.
- Nie panikuj tak… Ze wszystkim zdążymy, nie masz o co się martwić – zapewniłam. Po jego minie widać jednak było, że nie jest przekonany.
- Okej – zgodził się po dłuższej chwili milczenia – …ale… ja się kąpię pierwszy! – gdy to powiedział, próbował wyminąć mnie i popędzić na górę po schodach. Zorientowałam się jednak szybko i wykorzystując jego rozpęd, obróciłam go wokół własnej osi.
- Tak łatwo nie jest mnie wykiwać! – krzyknęłam przez ramię.
- O ty!!! Hahaha – odparł, ale ja już byłam na górze.
Na nic nie zdało się jego pukanie, wołanie, groźby, błaganie… Nie wpuściłam go pierwszego do łazienki, a sama wzięłam relaksujący prysznic, umyłam włosy i gdy w końcu stwierdziłam, że zostało mi nieco mało czasu na gotowanie, bez suszenia włosów wyszłam i udałam się do kuchni.
W planowaniu menu pomógł mi stary zeszyt z przepisami mojej mamy, a właściwie jego elektroniczna kopia. Przyzwyczajona bowiem do tych szczególnych dań z notesu, po postanowieniu o wyprowadzce od rodziców zeskanowałam skrupulatnie każdą jego stronę i w ten sposób 107 wspaniałych przepisów miałam już w domu.
W menu na dziś znalazły się:
1. Szparagi w sosie rosyjskim
2. Omlet z tymiankiem i cheddarem
3. Gruzińskie pierożki khingali
4. Rolada wieprzowa
5. Kluski śląskie, ziemniaki, frytki
6. Surówki i sałatki: grecka, warzywna, z brokułami, buraczki
7. Deser: szarlotka na ciepło z lodami i bitą śmietaną, torcik wiedeński
Do tego oczywiście soki, wino czerwone, szampan i pyszny kompot z polskich czereśni.
Gdy po skończeniu listy przyjrzałam jej się dokładnie, doszłam do wniosku, że chyba jednak będziemy mieli z Patrick’iem problem z przygotowaniem tego wszystkiego. Ale! Bez paniki. Od czego ma się sąsiadów?
Pół godziny później zaprzyjaźnione z naszą rodziną młode małżeństwo mieszkające parę kroków od nas pomagało mi ucierać ser, smażyć, gotować, ubijać… Słowem – ostro wzięliśmy się do pracy, gdy tymczasem Patrick brał prysznic.

O 17.00, choć wciąż nie wiem jakim cudem, szarlotka kończyła się piec, sąsiedzi, Anne i Chris, rozstawiali zastawę porcelanową na stole, a ja i Patrick, oboje elegancko ubrani, nakładaliśmy tony jedzenia na ogromne półmiski i ozdabialiśmy wszystko przyprawami, pietruszką i cynamonem. Efekt naszych długich starań był naprawdę świetny. Choć zwykle jestem wobec siebie bardzo krytyczna, tym razem musiałam przyznać, że jedzenie było wyśmienite. Tak też twierdził mój partner.
- Mmm… Caroline, postarałaś się… – zamruczał mi do ucha, gdy Anne i Chris wyszli, przyjmując czekoladki jako dowód wdzięczności za pomoc. – Mam ochotę zjeść te wszystkie pyszności już teraz.
- A ja? – spytałam, zadziornie udając oburzenie.
- Ciebie zostawię na deser…
I znowu staliśmy na środku salonu, całując się bez opamiętania.

Oczami Alice

- Ej, nie, to okropne! – krzyczałam do Niall’a. – Puść mnie, no PUŚĆ! Już!
Nie reagował.
- Bo…
- No co? Zagrozisz mi czymś? – szydził. A właściwie – czy to dobre słowo? Nie… on się ŚMIAŁ. Żartował ze mnie. I to jak chamsko!
- Aaaa!!!!! – wydzierałam się, gdy siedziałam na karuzeli, a mój chłopak kręcił nią, aż robiło mi się niedobrze. Znaleźli, kretyni, gwiazdorzy, królowie pop’u, jakiś plac zabaw w centrum ogrodu zoologicznego i postanowili wykończyć mnie psychicznie.
Mówię „oni”, bo nie tylko Niall brał udział w niecnym procederze umieszczenia mnie siłą w małym, plastikowym krzesełku, przypięciu mnie do niego pasami i rozpędzeniu okrągłej, metalowej konstrukcji zanim zdążyłam się uwolnić.
- Dobra, zatrzymaj to, bo jeszcze zwróci śniadanie… – łaskawie odezwał się Louis, powstrzymując się od chichotania na mój widok. Po wydostaniu się z „machiny śmierci” stanęłam niepewnie na nogach i wyszeptałam:
- Ja was… kiedyś… zamorduję.
Blondyn uśmiechnął się delikatnie i pomógł mi usiąść na ławce. Zaraz potem podał mi dużą, zimną colę z lodem, która od razu poprawiła mi samopoczucie fizyczne i przywróciła mojej twarzy normalny kolor. Nienawidziłam wszystkiego, co kręciło się w kółko. Zawsze, na każdej karuzeli fatalnie się czułam. Teraz, po zjedzeniu tamtych słodkich naleśników na śniadanie czułam się wyjątkowo źle. Wysączyłam resztę napoju przez słomkę i spojrzałam po swoich znajomych spod oka. Na ten widok Lou znów parsknął śmiechem. Moje usta też wykrzywiły się w coś na kształt uśmiechu i już po chwili całą gromadą śmialiśmy się głośno, aż jakiś dorosły facet nie przepędził nas, bo to przecież „plac dla dzieci i jak my się w ogóle zachowujemy”.
- OK, miło było, ale ja mam na 16.00 koncert i muszę już zacząć się zbierać… – oświadczyła Perrie z zakłopotaniem.
- Ale jest przecież dopiero… 14.30. – stwierdził ze smutkiem Liam.
- Dopiero?! Muszę się jeszcze przebrać, umalować i zrobić jakąś próbę z dziewczynami – to mówiąc zarzuciła torbę na ramię, pożegnała się ze mną i Dan całusem w policzek, po czym pomachała reszcie i razem z Zayn’em ruszyła w stronę samochodu.
- To co, idziemy jeszcze raz odwiedzić te piękne tarantule? – zapytał ochoczo i z sarkazmem Harry.
- NIE! – zaprzeczyłyśmy obie z Danielle równocześnie.
- Mam już dosyć tych ich owłosionych nóg i szczęk… – dodała, a ja skinęłam głową.
- Proponuję Starbucks i powrót do domu. Alice musi się jeszcze spakować – powiedział Niall, łapiąc mnie za rękę i uśmiechając się uroczo. Reszta zgodziła się na ten pomysł. Wszyscy uwielbialiśmy tę kawiarnię. Jednak po zamówieniu siedmiu frappuccino i powrocie do willi, zapanowała dziwna, smutna i przygnębiająca atmosfera. Wszyscy chyba dosadnie uświadomiliśmy sobie, że już wyjeżdżam i w związku z nadchodzącą szkołą i trasą koncertową chłopaków nie będziemy mogli zbyt często się spotykać. Danielle ma próby taneczne, Perrie również koncertuje, a Eleanor… Dopóki jej ciąża ne będzie zbyt zaawansowana, może i mnie będzie odwiedzać, ale przecież za kilka miesięcy nie powinna narażać się na stres, podróżowanie zatłoczonymi autobusami, czy paparazzi, czekających tylko na zrobienie zdjęcia ciężarnej dziewczynie Louis’a Tommlinson’a.
Niall chyba zauważył, że coś mi się stało, bo gdy przyniósł mi do spakowania wyprane i wyprasowane bluzki, siedziałam na środku pokoju i bezmyślnie wpatrywałam się w pustą walizkę. Odłożył ubrania na łóżko i usiadł na podłodze obok mnie.
- Alice… Co się stało? – spytał, troskliwie obejmując mnie ramieniem. Nic nie odpowiedziałam. Po prostu wtuliłam się w jego tors, jednocześnie obejmując go rękoma.
- Nie chcę wyjeżdżać. Nie możecie odwołać tej trasy…? Zostawiłabym szkołę, mama by zrozumiała… – plotłam głupoty. Dobrze wiedziałam, że trasy koncertowej nie da się tak po prostu przełożyć, gdy wszystko przygotowane, bilety kupione, daty ustalone… Szkoły też nie chciałam zostawiać. Choć właściwie, gdybym do końca życia była z Niall’em na pewno kasy by mi nie brakowało, więc o pracę nie musiałabym się martwić. Chodziło raczej o to, że uczyłam się sama dla siebie, a nie tylko żeby dużo zarabiać. Nie mogłam więc zostać z chłopcami, nawet pomijając fakt, że mama nie zniosłaby kolejnego długiego rozstania. Niall dobrze zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, więc zamiast robić mi nadzieję i karmić złudzeniami, pocieszał mnie i szczerze obiecywał, że postara się mnie odwiedzać jak najczęściej, o ile moja mama się zgodzi.
Po ok. 30 minutach, z pomocą blondyna, spakowałam się i przeniosłam walizkę z jego domu do domu Harry’ego. Tam czekali już wszyscy, razem z rodzicami Eleanor, którzy postanowili odwiedzić córkę i dać jej parę upominków. Zapoznałam się z nimi, wypiłam herbatę i wkońcu zebrałam towarzystwo do wyjazdu. Szybko więc przyniesiona została druga walizka z kosmetykami i ubraniami Niall’a, Liam’a, Danielle i Harry’ego, po czym nasza piątka ubrała buty i poszliśmy do auta. Liam chciał koniecznie prowadzić, więc Danielle usiadła obok niego, na siedzeniu pasażera. Zostałam zmuszona do siedzenia z tyłu między Harry’m i Niall’em, co stawiało mnie w bardzo mało komfortowej sytuacji. Po „incydencie” na jachcie obaj nie odzywali się do siebie i wciąż miałam wyrzuty, że to moja wina. Właściwie to była to tylko i wyłącznie moja wina.
Na szczęście kierowca całą drogę opowiadał żarty i nie musiałam znosić żadnej denerwującej ciszy. Starałam się zrelaksować i nawet mi to wychodziło. Mimo to, gdy już podjechaliśmy pod mój dom i przez okno ujrzałam machających nam na powitanie Patrick’a i mamę, naprawdę mi ulżyło. Pierwszy raz od kilku dni cieszyłam się z powrotu do domu.

***

Ooo wkońcu!!!!!!
PRZEPRASZAM że to aż tak długo trwało, zgodnie z zapowiedzią rozdział był gotowy już pod konec października, aż tu nagle…. rozwalił mi się tablet. A potem jeszcze raz. Trzeba było go zresetować i w ogóle…
Ale jest nowy. Nie wiem kiedy nn, ale oby jak najszybciej!
Alicja
PS. Stęskniłam się za Wami :***

:(

Z wielką, nawet nie wiecie jak WIELKĄ, przykrością informuję, że muszę zawiesić bloga. Pomysły na nowe rozdziały mam, ale brakuje mi czasu na zapisywanie ich. Prowadzenie tego bloga i komentowanie Waszych zajmuje nawet 2 lub 3 godziny dziennie, które powinnam poświęcić nauce. Wiecie… trzecia gimnazjum,egzaminy i w moim przypadku cztery konkursy kuratoryjne. No i codziennie jakieś kółko, basen, wyjazdy…
Naprawdę bardzo mi przykro. Ta strona, a szczególnie Wasze komentarze to najlepsze co mnie spotkało od tego pamiętnego 14 sierpnia i pierwszego rozdziału historii o Alice i One Direction…
Jednak mam duże zobowiązania i ambicje. Muszę się uczyć na mnóstwo sprawdzianów i jeszcze te konkursy…
Nie wiem czy wiecie, ale ja teraz płaczę. Pierwszy raz od dawna…
Zmienam też zasady użytkowania strony „wasze blogi”. Od dziś możecie tam zamieszczać informacje o nowych imaginach lub rozdziałach u Was. Będę na 100% czytała, nie wiem jak będzie z regularnym komentowaniem…
Założę też w miarę możliwości jak najszybciej stronę pt. „czat”, gdzie będziemy mogły ot tak po prostu pogadać na różne tematy. To będzie takie nasze blogowe GG ;)
Jeszcze raz piszę, że jest mi naprawdę przykro. Na pocieszenie powiem, że blog zacznie na 100000000% funkcjonować od nowa na początku listopada, tj po tych konkursach kuratoryjnych i Wszystkich Świętych.
No więc… do zobaczenia.
Naprawdę płaczę…
Wasza Alicja
PS. Kocham Was najbardziej na świecie <3